Kontakt przez gg:

  1413344
Menu

  Główna

  Pocztówkarnia

  Fotki Anioła

  Wakacje 2006

  Wyjazdy 2007

  Wyjazdy 2008

  Wyjazdy 2009

  Wyjazdy 2010

  Jest sympatycznie

  Ciągotki do marchewki

  Ślub

  Muzyka

  Działaj sam...

  Skarga

  Pasażer

  Eden

  Obrazki

  Naga walka

   Księga gości

 Kontakt



                            Działaj sam

artykuł z: "Gazeta An Arché" nr 47 - zamknięto 16 X 1997r.


Działaj sam?

"Działaj sam albo w grupie sprawdzonych przyjaciół" - każdy anarcho-punk na pewno doskonale wie, skąd pochodzi ten cytat. Może się jednak okazać, że ci sprawdzeni (?) i tak wystawią cię do wiatru, wtedy bardziej adekwatny wydaje się inny wers wspomnianego tekstu: "gdy cię schwytają, licz tylko na siebie". I właśnie o tym będzie ten artykulik.

Swego czasu działałem w grupie osób zorientowanych na punk i okolice (koncerty, wystawy, plakatowanie itp.), z oficjalną nazwą i dużymi aspiracjami. Udało się nakręcić burmistrza; załatwił darmową salę na pierwszy koncert, oddał gablotę w centrum miasta... Przez rok było miło. Później, przy okazji zmiany wystroju gabloty powiesiliśmy w niej m. in. znany plakat antyNATOwski FA o politycznej pederastii. I tu cała historia się rozkręca.

Nasz plakat zniknął z gabloty (Urząd Miasta też miał klucz), a burmistrz przysłał pismo zarzucając, że popularyzujemy obraźliwą propagandę autorstwa federacji anarchistycznej (patrz "Mać Pariadka" 5-7/96) i grożąc zabraniem gabloty. Pismo było skierowane do mnie jako przedstawiciela stowarzyszenia - w związku z moimi predyspozycjami oraz innymi uwarunkowaniami ja zajmowałem się korespondencją grupy, w kontaktach bezpośrednich reprezentowały nas różne osoby. Przygotowałem odpowiedź (zero uległości, mnóstwo ironii), grupa ją zaakceptowała. W kolejnym piśmie wściekły burmistrz pisał już o plakacie "szkalującym Polskę i Polaków", ale to akurat jest mało istotne.

Niedługo po sprawie z plakatem odwiedził mnie w pracy jakiś policjant informując, że będę miał kolegium za jego powieszenie. Wypytywał mnie o zarobki, charakter zatrudnienia itp. Minęło jednak parę miesięcy, a nie dostałem żadnego wezwania. Znajomy z lokalnej prokuratury też nic o tej kwestii nie wiedział. Dowalając burmistrzowi na łamach miejscowej gazety za inny temat wspomniałem też i o tym wątku, dopatrując się próby zastraszenia. Burmistrz, kłamiąc w paru zagadnieniach dotyczących sporu, wyjaśnił czytelnikom, iż nie on złożył na mnie doniesienie do prokuratury, a jakiś zbulwersowany mieszkaniec miasta, który był wcześniej u niego ze skargą. Tylko skąd ten facet znał moje personalia (doniesienie było na mnie, a nie na stowarzyszenie)?

Artykuł w lokalnej gazecie musiał kogoś zainspirować, bo już po paru dniach przyszedł polecony z policji, na nieszczęście mój brat go odebrał. Domyślałem się, że w środku jest wezwanie na przesłuchanie, ale nie otwierając go odesłałem na komendę z zaznaczeniem, iż nie jest to przesyłka do mnie. Mianowicie na kopercie było moje stare nazwisko (parę miesięcy wcześniej wziąłem ślub i przyjąłem nazwisko żony) i adres rodziców, u których co prawda jeszcze zamieszkiwałem, ale zameldowany już byłem gdzie indziej. Po kolejnych paru dniach przyszedł gliniarz z dobrym wezwaniem, przy okazji strasząc mnie, iż nie miałem prawa odsyłać tamtego wezwania, w związku z czym on skierował wniosek do prokuratora o ukaranie mnie - wyśmiałem go. Z facetem miałem już wcześniej na pieńku, gdyż przeprowadzając wywiad środowiskowy o osobach starających się o służbę zastępczą stosował dziwne metody, przez co zarzuciłem mu inwigilację środowiska antymilitarystycznego (wściekł się).

Na przesłuchanie zostałem wezwany jako świadek, jednak całe śledztwo szło po linii udowodnienia mi, iż to ja powiesiłem ten plakat. M. in. gliniarz (cały czas ten sam) próbował mi wmówić, że jestem szefem stowarzyszenia; ugrupowanie miało dopiero złożone papiery w sądzie, zagiąłem go mówiąc, iż ustawa o stowarzyszeniach daje termin wyboru władz do miesiąca od chwili zarejestrowania, więc ich brak jest legalny. Zaczął się wtedy czepiać, że najpierw powinniśmy się zarejestrować, a dopiero potem działać (byliśmy aktywni jako grupa od ponad roku), bo jego nie obchodzą nieformalne grupy. Za chwilę jednak spytał mnie o członków stowarzyszenia, więc z radością zarzuciłem mu niekonsekwencję, co znowu doprowadziło go do pasji. I w tym duchu przebiegało badanie, nie przyznałem się do powieszenia plakatu, nie pamiętam, kto go powiesił, nie powiedziałem, kto jest członkiem stowarzyszenia zasłaniając się brakiem aktualnych informacji - dwa tygodnie wcześniej wystąpiłem z ugrupowania.

Dlaczego zrezygnowałem z członkostwa w stowarzyszeniu? Tu wracam do myśli głównej artykułu. Otóż gdy wspomniałem kumplom o wezwaniu, ci od razu zrobili ze mnie kozła ofiarnego. Mam ich w tę sprawę nie mieszać, oni na żadne przesłuchania nie będą chodzić, to ja powiesiłem ten plakat... Łatwo im było przyjąć taką postawę, gdyż: 1) to ja miałem wezwanie (co prawdopodobnie było wynikiem podpisywania przeze mnie własnym nazwiskiem pism stowarzyszenia), 2) to ja dostarczyłem grupie plakat i byłem w niej jedynym zadeklarowanym anarchistą. Na moje argumenty, że plakaty przecież zawsze wieszała grupa, a nie pojedyncza osoba i że wystarczy, by nikt się nie przyznał i nie wsypał drugiego, a grupy nie można skazać, odpowiadano, że ja ich zmusiłem (!) do uczestnictwa w powieszeniu tego plakatu i nic ich nie obchodzi, ale ja mam się przyznać do tego czynu, a jeśli tego nie zrobię, to oni mnie zakapują (!). Łaskawie stwierdzili jednak, iż jeśli dostanę do zapłaty kolegium, to oni mi część zrefundują z kasy stowarzyszenia. Takie stanowisko grupy było głównym, choć nie jedynym, powodem mojego z niej odejścia.

Po przesłuchaniu było parę miesięcy spokoju, aż tu pewnego dnia znowu w pracy naszedł mnie jakiś policjant. Co gorsza, tym razem obecne były przy tym fakcie pracujące ze mną kobiety, co nie wpłynęło dobrze na moją "reputację". Gliniarz chciał mnie natychmiast zabrać na przesłuchanie, ale gdy spytałem o pisemne wezwanie przyznał, iż go nie ma, w związku z czym stwierdziłem, że bez tego ani rusz. Wtedy usłyszałem zdenerwowany głos: "Niech pan nie będzie złośliwy" (!), ale musiał pójść do samochodu wypisać druczek. Tym razem nazwisko było jak trzeba, ale adres znowu stary (mieszkałem już u siebie), więc kolejny grymas twarzy policjanta i znowu wypisywać wezwanie. Jeszcze mój protest, że odciągają mnie od pracy, wobec czego zmieniają mi porę stawienia się na komendzie.

I tu pełne zaskoczenie. Raz, że przesłuchuje inny, a nie mój "ulubiony" gliniarz. Dwa, że twierdzi, iż podczas poprzedniego śledztwa przyznałem się do winy (!). No to ja mówię, że przecież wiem, co zeznałem i podpisywałem i proszę o protokół poprzedniego przesłuchania. A tu szok: sfałszowane zeznanie (innym długopisem! - debile), między moimi zeznaniami a podpisem dopisane zdanie, że przyznaję się do winy... Słyszałem o sztuczkach z dopisywaniem i myślałem, że się nie dam w to wrobić - moje zeznania kończyły się na końcu linijek dla nich przeznaczonych, ale dopisek był w rubryce "Dodatkowe uwagi" (jest ona w protokole przesłuchania świadka, nie ma jej w protokole przesłuchania sprawcy) Ale uczepiłem się tego innego wkładu, że to widoczne fałszerstwo... Gliniarz dał sobie z tym spokój - mówił, że to błąd proceduralny, iż byłem przesłuchany jako świadek, a nie sprawca i że teraz ten błąd zostanie naprawiony (rzeczywiście byłem wezwany jako sprawca, co mnie trochę zdziwiło). Dalej było tak, jak za pierwszym razem.

W przypadku wykroczenia trzeba zostać skazanym w ciągu roku od momentu popełnienia wykroczenia, wtedy brakowało do przedawnienia dwóch miesięcy. Chyba już nic nie sfałszowali, bo upłynęły one spokojnie. Po jakimś czasie rozmawiałem z kobietą z kolegium, wspomniałem o tym fałszerstwie, ona zaś opowiedziała, jakie to policja popełnia uchybienia proceduralne - np. wysłali wniosek do kolegium o ukaranie mnie za powieszenie tego plakatu nawet mnie nie przesłuchawszy, w związku z czym został im on zwrócony z odpowiednią uwagą.

Dobrze więc pomyślcie, dobierając sobie ludzi do wspólnych działań. Jak może zauważyliście, nie podałem nazwy stowarzyszenia ani miejscowości. Otóż dla trzech pierwszych osób, które podadzą nazwę feralnego ugrupowania przewiduję drobne upominki. Dla ułatwienia zagadki dodam, że z tym stowarzyszeniem mocno związana jest pewna kapela, która gra całkiem fajną muzykę.

Anioł

       a oto wspominany plakat:

      

Copyright © Mój EDEN 2010. Design by http://www.gnext.vze.com